Formularz wyszukiwania
Zaloguj
Logo ZUT Uczelnia powstała w wyniku połączenia Akademii Rolniczej w Szczecinie i Politechniki Szczecińskiej

WIkołajek

Przypadki Wikołajka – Ignorantia iuris nocet

... czyli jak to mawiali przechadzający się po Forum Romanum szacowni starożytni rzymscy juryści, nieznajomość prawa szkodzi. Wikołajek znał ową maksymę na pamięć i nawet dodawał sobie czasem +1 do erudycji, cytując te słowa w nie zawsze adekwatnych sytuacjach.

Co ciekawe, choć dobrze ową szkodliwość znał, wcale nie popchnęło go to do dociekań pogłębiających jego śladową znajomość prawa zajmującego się spamem.

A takie prawo istnieje. Oczywiście, jak łatwo się domyślić, skoro żaden szanujący się członek palestry nie nazwie ręki ręką, a nogi nogą, to i spamu próżno szukać w jakimkolwiek obowiązującym akcie prawnym. Jeśli chcemy liznąć trochę wiedzy na ten temat, powinniśmy kierować się ku zupełnie innemu terminowi: niezamówiona informacja handlowa.

Niech nam Wikołajek wybaczy, że teraz będzie nieco niestrawnie. Oprócz Wikołajka, niech nam również wybaczą prawnicy, że teraz będzie mocno powierzchownie. Tak krawiec kraje, jak mu kontentu staje.

Jak to stwierdza ustawa z 18 lipca 2002 roku o świadczeniu usług drogą elektroniczną „informacja handlowa to każda informacja przeznaczona bezpośrednio lub pośrednio do promowania towarów, usług lub wizerunku przedsiębiorcy lub osoby wykonującej zawód”. Wikołajku, wytłuszczyliśmy dla ciebie jedno ze słów, bo chcemy, byś zwrócił na nie uwagę.

Nieważne, że spamer umieści pod swoją przesyłką mniej lub bardziej zagmatwaną stopkę, informującą, że to, co wyżej, informacją handlową nie jest, bo nie ma w niej cen, ofert, parametrów czy innych detali. To nie ma znaczenia. Jeśli nadawca przysłał ci coś, czego nie zamawiałeś, a co ma poprawić jego wizerunek w twoich oczach, to choćby to był komiks o przygodach Pająkoluda, to to jest spam. Koniec. Kropka.

Wskoczmy w tę prawniczą wodę raz jeszcze. Ta sama ustawa stwierdza, że „wysyłanie niezamówionej informacji handlowej jest czynem nieuczciwej konkurencji (tzn. wykroczeniem – przypis nasz), podlega karze grzywny do 5000 zł i jest ścigane na wniosek pokrzywdzonego”.

To dlatego właśnie spamer tak często udaje, że wysłał ci coś, o co prosiłeś. To dlatego spamer (jak to kiedyś rzucił z sejmowej trybuny pewien światły polski polityk) rżnie głupa zaczynając swoją pisaninę od „w odpowiedzi na zapytanie”, „w nawiązaniu do rozmowy” albo „dziękując za przesłany nam mail odpowiadamy”.

Nie wychodzimy jeszcze z prawniczego nurtu. Popluskamy się tu jeszcze chwilkę. Wikołajku, nie odchodź.

Przypadki Wikołajka – Prawo powielaczowe

Widząc ten tytuł, Wikołajek mocno się strapił. Nie dość, że nie wiedział, co mu chcą powiedzieć te dwa złączone ze sobą słowa, to na dodatek nie wiedział też, co oznacza drugie z nich.

Gdzieś w tyle jego głowy podzwaniało coś cichutko, sugerując bliski związek tego terminu z elektrotechniką, ale odpędził to skojarzenie czym prędzej.

I dobrze zrobił, bo powielacz to (nie bójmy się tego słowa) prehistoryczny przodek powszechnie znanego urządzenia zwanego kserokopiarką. Przodek funkcjonalny, bo służył mniej więcej do tego samego, ale już nie technologiczny, bo działał w oparciu o zupełnie inne mechanizmy. O jakości nawet nie warto wspominać – w porównaniu do współczesnych kserówek była najzwyczajniej żałosna.

Termin prawo powielaczowe – co nie powinno dziwić - pochodzi jeszcze z minionego ustroju. Być właśnie dlatego Wikołajek nigdy nie zetknął się z tą nazwą, którą ironicznie opatrywano wówczas różne niepublikowane (a więc nieznane ogółowi obywateli), ale obowiązujące urzędowe regulacje i interpretacje, które zatruwały skutecznie życie petenta administracji publicznej.

- Hola, hola – żachnął się Wikołajek – nie przeginacie przypadkiem? Co to ma, do diaska, wspólnego ze spamem?

Oj ma, Wikołajku, ma i to wiele. Przejrzyj, proszę, spam, jaki dostałeś ostatnio i zobacz, w ilu z tych maili pojawia się na dole enigmatyczna fraza „zgodnie z dyrektywą UOKiK dopuszczalne jest wysłanie maila z pytaniem o zgodę na otrzymywanie informacji handlowej”.

Aż chce się zakrzyknąć (jak zakrzykuje się czasem na teatralnych premierach) „Autor! Autor! Autor!”. Niestety, autor pozostaje nieznany – a szkoda.

Podpuściliśmy trochę Wikołajka, żeby spędził kwadrans, szukając w sieci źródła tej przedziwnej adnotacji, wg której owa rzekoma dyrektywa UOKiK mogłaby zawieszać normalne działanie ustaw. Kiedy wrócił do nas, miał dziwną minę.

- Tam piszą na jednym forum – mruknął niechętnie – że na jakiejś konferencji był wykład z prezentacją w Mocokropce i tam to było napisane, że można.

Wikołajku, rozchmurz się. Taka dyrektywa nie istnieje. Wymyślili ją sobie spamerzy ku zgrozie i przerażeniu adresatów ich przesyłek.

Ku naszemu obopólnemu szczęściu, nie można w Rzeczpospolitej zmienić prawa mocą prezentacji w Mocokropce, choćby i była śliczna, kolorowa i dźwięcząca.

Powielaczem też tego zrobić się nie da. Co za ulga.

Wikołajku, byłeś dzielny, że dotrwałeś do tego momentu. O prawie już nie będzie. No, prawie nie będzie. Obiecujemy.

Przypadki Wikołajka  – Siądź, gościu, pod mym mailem

Wikołajek, jako świadomy użytkownik internetu już wie, że nie powinien szastać swoim adresem e-mail na lewo i na prawo, dlatego bardzo się pilnuje, żeby nie zostawiać go, na ten przykład, na internetowych forach, na których zwykł się udzielać.

Wie również, że kiedy pewnego dnia będzie zamawiał stronę internetową dla swojej firmy (która to firma na razie istnieje tylko w jego marzeniach, ale to doprawdy żaden argument), to poprosi webcreatora i webmastera, żeby zamiast adresów email zamieścili na stronie formularz kontaktowy z tzw. kapczą (zapis, rzecz jasna, fonetyczny), która uniemożliwi dostęp do firmowej skrzynki pocztowej ludziom złej woli i naszczutym przez nich automatom.

Niestety, to nie wszystko. Są jeszcze przynajmniej dwa sposoby, dzięki którym możemy odsłonić spamerom nasze miękkie, mailowe podbrzusze.

Zapytaliśmy Wikołajka, czy domyśla się, co mamy na myśli. Nie wiadomo czemu, strasznie go to pytanie rozeźliło. Burknął pod nosem, że przypominamy mu jego nauczycielkę matematyki, której ulubionym pytaniem, zadawanym stojącym pod tablicą nieszczęśnikom, było „i teraz wiemy, że co?”.

Jednak po jego zmarszczonym czole widać było, że myśli i to myśli intensywnie. Spojrzał na nas z ukosa i szepnął:

- Wirus?

Bingo, Mikołajku. Wirus, trojan albo inny intruz, którego nieopatrznie wpuściliśmy do swojego komputera. Może nam wyrządzić krzywdę, która zaboli (np. usunie ważne pliki albo unieruchomi system operacyjny) ale może też sprawić, że nic nie poczujemy, a cała nasza książka adresowa w mgnieniu oka powędruje na jakiś dziwny serwer w równie dziwnym kraju, a potem rozpełznie się po sieci.

Ale to nie wszystko. Pamiętasz, Wikołajku, jak trzy dni temu rejestrowałeś się na jakimś przeuroczym portalu społecznościowym? Portal poprosił Cię, żebyś podał mu swój adres e-mail i hasło do Twojego konta pocztowego, dzięki czemu Twoi znajomi mieli zostać automatycznie powiadomieni o tym, gdzie i jak Cię znaleźć.

Nie nam oceniać Twoje postępki, ale dla nas brzmiało to tak, jakby osoba, którą widzisz pierwszy raz w życiu, poprosiła cię o klucz to twojego mieszkania, bo interesuje ją kolor kafelek w twojej toalecie.

Pamiętasz, Wikołajku, jaka była twoja odpowiedź na prośbę portalu?

Ano właśnie.

Twoi przyjaciele Cię za to nie polubią. Oj, nie polubią.

Przypadki Wikołajka – Antyspam kontra spam

W oczach Wikołajka błyskały jakieś dziwne ogniki.

- No dobrze – zaczął buńczucznie – A filtry antyspamowe? Mam taki w swojej poczcie.

My też taki mamy. I jak pokazuje doświadczenie, radość z jego posiadania jest nieco powierzchowna.

Użytkownicy takich filtrów, co stwierdzić trzeba z żalem, pokładają w nich zaufanie zdecydowanie zbyt wielkie. Różne są mechanizmy, które pozwalają filtrować spam i różna jest ich jakość. Są filtry, które opierają się na aktualizowanych 24 godziny na dobę bazach danych serwerów emitujących spam. Oczywiście, między pojawieniem się nowego spamującego serwera, a rozpowszechnieniem się informacji o nim, może minąć czas, który w epoce cyfrowej wymiany informacji może niemal równać się wieczności. Przez ten okres spam będzie rozprzestrzeniał się bez przeszkód i nie da się tego uniknąć. Co gorsza, raz na jakiś czas (wcale nie tak rzadko, jak by się mogło wydawać) do takich baz trafiają Bogu ducha winne serwery, które ze spamem nigdy nie miały nic wspólnego. Różne są tego przyczyny – błędy oprogramowania, błędy ludzi, a często również ludzka złośliwość.

Inne filtry opierają się na mniej lub bardziej złożonych algorytmach, które próbują analizować treść i strukturę maili, próbując na tej podstawie odgadnąć (tak! nie ustalić, lecz odgadnąć!), czy dany mail jest spamem czy też nie. Spamerzy próbują ten mechanizm obchodzić na różne sposoby, na przykład wysyłając nam maile, których treść jest przedstawiona nie tekstem, a obrazkiem. Można, oczywiście, próbować rozpoznawać tekst choćby i na zdjęciu z wakacji w Egipcie, ale wymaga to czasu i mocy obliczeniowej – jednego i drugiego nigdy nie ma się za wiele.

Jak bardzo nie byłby wyrafinowany taki filtr, zawsze będzie zawodny, i nic na to, Wikołajku, nie poradzimy.

- No dobrze – Wikołajek nie wyglądał na przekonanego – niech będzie zawodny, trudno, ale jak mi odsieje 80% spamu, to i tak będzie fajniej.

Wikołajku, nie tu leży problem. To, ile spamu przepuści taki filtr, nie jest najważniejsze. O wiele istotniejsze jest to, ile dobrych i oczekiwanych wiadomości taki filtr uzna za spam i, być może, nigdy ich już nie zobaczysz. Jak powiedziałby teoretyk, martwią nas testy fałszywie dodatnie, bo mogą nam przynieść najzupełniej realne straty. Testy fałszywie ujemne są mniej dotkliwe, choć nie sposób zaprzeczyć, że bardziej widoczne.

Jeśli używasz filtru antyspamowego, poświęć trochę czasu na to, żeby mimo wszystko przejrzeć raz na jakiś czas to wszystko, co się zatrzymało na jego sicie.

Głupio byłoby przeoczyć np. zawiadomienie o powołaniu do spadku po przebogatym prastryju z Ameryki.

Wikołajek uśmiechnął się ironicznie. My też.